17. Na złość mamie odmrożę sobie uszy.
Fakt, że ostatni odcinek skomentowały 2 osoby, a przedostatni jedna, jest nieco bolesny. Nie wiem, czy to ja coraz gorzej piszę, czy co...
Może za często dodaję odcinki i nie wyrabiacie?
POWIEDZCIE czy da się coś z tym zrobić?
*`*`*`*`*`*`*`*`*`*`*`*`*`*`*`*`*`*`
Pete stanął przy programistce i przyglądał się z ciekawością jej pracy.
- Widzę, że masz tatuaż. Coś znaczy? – zapytał wskazując na ciemne znaki na jej ręce – B321 – odczytał głośno.
- To mój numer identyfikacyjny. Dzięki niemu od razu wiadomo, jakiej jestem profesji. To znacznie pomaga, gdy komuś potrzebna jest programistka wystarczy się rozejrzeć.
- A ty mu pomożesz tak… gratisowo?
- O ile nie będę miała do wykonania innej pracy. Służenie wspólnemu dobru jest moim obowiązkiem.
Nie wiedział, czy tylko mu się wydawało, czy usłyszał w jej głosie ironię. Spojrzał na nią – jej twarz jak zwykle wyrażała pustą obojętność, skupienie na programowaniu.
- Co to będzie? – zainteresował się jej nową pracą.
- Rozmawiałam z tą dziewczyną, która do ciebie przychodzi. I tworzę nowy program, specjalnie dla ciebie.
- Nie chcę żadnych… - zaczął się bronić, wspominając ostatnią „zabawę”.
- Nie martw się. Prezydent kazała zrobić wszystko, aby cię uszczęśliwić. Ale przede wszystkim nie wolno nam czynić cię nieszczęśliwym. Ta dziewczyna dba o ciebie, nie martw się… to jedna z Logii, prawda?
- Jedna z Logii? To znaczy, że jest ich więcej?
- O tak, Logie to bardzo duża grupa. Studentki, jeszcze nie mają pełnych kwalifikacji.
- A ja myślałem, że ona ma tak na imię… a to znaczy tylko, że nadal się uczy?
- To znaczy, że uczy się na wydziale humanistycznym – poinformowała dokładnie, obserwując zamyślonego Petea – Coś z tym nie tak?
- Nie, ja tylko myślałem… myślałem – powiedział nie wiedząc, jak ma ubrać swoje myśli w słowa, a jeszcze jak zrobić to tak, by programistka zrozumiała? – Myślałem, że ona ma tak na imię, że jest…
- Wyjątkowa?
- Tak! Widzę, że przynajmniej rozumiesz – poczuł ulgę odkrywając nową, być może, pokrewną duszę.
- Tu nie ma osób wyjątkowych – odparła znów sztywno, jakby chwila porozumienia nigdy nie wystąpiła – Gotowe. Możesz się już położyć.
- Nie, najpierw powiedz, co to jest.
Uśmiechnęła się? Czy to gra światła?
- Chciałeś zagrać na basie. A może wolisz na gitarze? Albo perkusji… Połóż się, to się przekonasz, że masz duży wybór instrumentów. Mam nadzieję, że docenisz, pracowało nad tym dwadzieścia kobiet, a ja składałam i kończyłam wszystko całą noc.
- Dzięki – zaśmiał się i pozwolił jej robić swoje – Wiesz, że zmęczenie obniża jakość pracy? Twoja „pani prezydent” powinna cię przed tym ostrzec! – zakpił.
- Mówisz, jakbyś jej nie lubił.
- Bo jej nie lubię, a ty… - momentalnie zasnął, by znaleźć się w pomieszczeniu wypełnionym różnego rodzaju instrumentami.
Ten człowiek doprowadzał B321 do śmiechu… oczywiście do śmiechu w głębi duszy! Fakt, że nie lubił on idealnej pani prezydent rozweselał ją jeszcze bardziej, zwłaszcza, że ona nie lubiła go ze wzajemnością.
*
Czekali w tłumie kobiet na autobus. Ryan i Jon czuli się dość nieswojo, w dodatku cały czas obawiali się ujawnienia.
- Coraz ich więcej – szepnął Ryan do przyjaciela.
- Skoczymy za potrzebą? – poprosił Jon.
- Teraz?!?! Zaraz mamy autobus, nie zdążymy do kibla…
- Nie musimy od razu do kibla… Za blok, z tyłu zawsze jest pusto, wiem, bo jedno okno wychodzi na tamten placyk.
- Zdurniałeś?!
- Kiedy ja muszę.
Ryan się nie odzywał, nie mógł przecież nakrzyczeć na Jona na środku ulicy. I tak samo to, że rozmawiają wzbudzało pewne sensacje.
- Ciiii – upomniała ich Abi.
Jon przestąpił z nogi na nogę. Wiedział, że Ryan się zgodzi, a wtedy…
- MUSZĘ – powtórzył piskliwym szeptem, prawie ze łzami w oczach.
- Dobra. Dziewczyny, my skoczymy na chwilę za blok i… - zgodził się Ryan.
- Jak to? Nigdzie nie idziecie – zabroniła Abi.
- Zdajecie sobie sprawę, że to niebezpieczne?! – dodała panicznym głosem Kisiel.
- To ważne – odparł Ryan.
- To idziemy wszystkie – zdecydowała Honey – Musimy się trzymać cały czas razem. Nie rozdzielajmy się, jak się tu zgubimy, to już nie wrócimy.
- Nie, my tylko we dwóch.
- Głuchy jesteś? – spytała Liv – Razem – dodała wskazując palcem na ich kółeczko, jakby tłumaczyła coś dziecku z downem.
Ryan zaśmiał się ze złości (niektórzy tak potrafią).
- Są sprawy, w których nie macie ochoty uczestniczyć. Gwarantuję.
Zamilkły, wydając z siebie a to „och” a to „takie sprawy” i zaczęły śledzić czubki własnych butów.
- To my idziemy – powiedział Jon radośnie i ruszył przodem.
- Następnym razem będziesz lał w gacie – ostrzegła Liv, grożąc Ryanowi palcem.
- To nie ja… - zaczął, ale Jon pociągnął go w stronę budynków – Teraz oczywiście cała wina pójdzie na mnie!
- Nie marudź, musimy porozmawiać po męsku.
Jon spojrzał na Kiśle i wyobraził sobie, jak golą sobie brody. Teraz musi odpowiednio rozegrać akcję „swatanie”. Ryan był w końcu człowiekiem, który wyznawał ideologię „na złość mamie odmrożę sobie uszy”. Nie mógł powiedzieć po prostu: człowieku, Liv to świetna laska, umów się z nią, bo już wyobrażał sobie odpowiedź: sam sobie dam radę! co ty możesz wiedzieć?! nienawidzę, jak próbujecie mnie rzucić na jakąś dziewczynę! umówię się z tym, kto mi się podoba!
Ech… życie jest trudne…
- Lej szybko – powiedział Ryan.
- Kiedy mi się nie chce!
Ryan otworzył usta ze zdziwienia.
- Przecież po to tu jesteśmy! Mówiłeś, że chce ci się lać!
- Nie, mówiłem, że muszę za potrzebą, ale nie powiedziałem za jaką.
- Boże!!!
- Nie wzywaj mi tu Boga! MUSZĘ sobie zapalić – Jon wyciągnął papierosa – To jest największa możliwa potrzeba – zaciągnął się i wypuścił z ust dym, próbując ukształtować go na równe kłęby.
Ryan wiedział, że zdarzają się w życiu takie dni, kiedy coś rozsadza człowieka od środka, kiedy złość zaczyna kumulować się w środku i chce wydobyć się na zewnątrz, najlepiej z jak największym hukiem. Dziś był ten dzień. A przed nim stał człowiek, który zasługiwał na wielki huk.
- Jon, jaki ty jesteś bezmyślny! Traktujesz to wszystko jako zabawę? Chcemy zrobić, co do nas należy i wrócić z Petem na ziemię! Ale najpierw ty zejdź na ziemię! Idioto! Bezmózgi, głupi człowieku o mózgu siedmiolatka! Mam cię dość, mam dość niańczenia ciebie, Petea i wszystkich dookoła! Mam was wszystkich dość! Chcę być sam, wreszcie sam! Chcę, żebym czasami to ja mógł przestać się martwić, żeby ktoś mógł pomartwić się za mnie! Nienawidzę tego, jak żadne z was nie traktuje mnie poważnie! Nienawidzę być lekceważony! Mam was wszystkich w dupie i wcale was nie potrzebuję! To wy mnie potrzebujecie, ja was wcaaaaale nieeee! – chciałby wykrzyknąć, odejść, a najlepiej jeszcze walnąć Jona w ten pysk, z którego wydobywają się śmierdzące opary.
Ale nie mógł. To by nic nie zmieniło. On, Ryan, czułby się tylko jeszcze bardziej samotny, niż jest teraz. Bo Jon, Pete, Brendon – oni wszyscy szybko znaleźli by sobie lepszego przyjaciela niż jest Ryan. Oczywiście, że by sobie znaleźli, cóż z tego, że Ryan ma ich w dupie, cóż z tego, że siedzą tam w tej metaforycznej dupie Ryana i najczęściej przeszkadzają? Ale są… Ale tylko im jest potrzebny… tylko oni chcą się z nim przyjaźnić… jak można chcieć się z nim przyjaźnić?
„Stop, Ryan, stop” upomniał się w myślach. Często wyobraźnia posuwała się aż nadto daleko. „Nie jesteś do niczego. Jesteś fajny. Jesteś mądry. Masz prawdziwych przyjaciół, tylko się uspokój” powtórzył w myślach jak mantrę, by znowu nie nastąpił powrót czarnych myśli, by nie zaczął wyrażać swojej złości ciskając krzesłami po ścianach.
Nienawidził swojej złości, nienawidził tego, że nie umiał sobie z nią radzić. Nienawidził poczucia bezsilności i napadów niskiej samooceny.
A przede wszystkim nienawidził tego, że znów wymyśla kolejne rzeczy, których nienawidzi. Po cholerę znów się nad sobą użala?!
Wszystkie uczucia kłębiły się w nim – czuł się jak nadprzyrodzony heros, który może w każdej chwili wezwać bestię i wyzwolić jej destrukcyjną moc, a jednocześnie czuł się jak bezbronne dziecko, które chciałoby usłyszeć tylko, że tak naprawdę żadne bestie nie istnieją…
W myślał usiłował sobie wmówić: jestem zwykłym człowiekiem, który może mieć gorsze dni. Jon jest zwykłym człowiekiem, może mieć denerwujące usposobienie. To nie znaczy, że muszę się na nim wyżywać.
- Widziałem, że wczoraj zaczęliście się dogadywać z Liv.
- Tak. Całkiem mądra osoba, chociaż… w sumie jest całkiem głupią, samolubną, zapatrzoną w siebie, zbyt pewną swoich racji, wredną dziewuchą! – wyrzucił z siebie i złapał się za usta.
„Czy ja to powiedziałem głośno?” zastanowił się.
- Hehe, czyli macie ze sobą bardzo wiele wspólnego. Tyle, że ty nie jesteś dziewuchą.
Ryan zaśmiał się. No tak, czyli jego przyjaciel uważa go za samolubnego, zapatrzonego w siebie… i w ogóle?
- Dzięki, Jon! A ja z tobą wyszedłem na papierosa.
- I tak cię lubię. A Liv to w porządku dziewczyna – Jon przyjrzał się, czy Ryanowa twarz wyraża jakieś uczucia względem niej i przygotował się do akcji – Dlatego nie zadawaj się z nią – zaciągnął się i obserwował Ryana.
Znał go. Widział, jak na twarzy rozkwita mu zdziwienie, a później złość z odbieranej mu wolności.
- Co ma znaczyć: nie zadawaj się z nią! Mogę się z nią nawet zaprzyjaźnić, to bardzo fajna dziewczyna!
- Nie wolno ci się z nią przyjaźnić – powiedział poważnie Jon, choć w duchu śmiał się widząc, że jego plan idzie w dobrym kierunku.
-Nie będziesz mi mówił, z kim mogę się przyjaźnić, a z kim nie! – odpowiedział Ryan i przypomniał sobie, że już raz to komuś wykrzyczał w twarz.
- To nie dziewczyna dla ciebie… - westchnął Jon gasząc papierosa.
Ryan nie wytrzymał. Odwrócił się i zaczął iść bardzo szybkim krokiem przed siebie. Pamiętał, pamiętał dokładnie, jak ojciec powiedział mu wtedy to samo: „muzyk to nie praca dla ciebie!”.
A jednak, wolał słuchać i przyjaźnić się ze Spencerem. Wolał wybrać jego i muzykę niż rodzinę. Ha! Ale ten się śmieje, kto się śmieje ostatni! A ojciec już raczej nie będzie miał okazji się zaśmiać!
Jon zgasił papierosa i ruszył za oddalającym się Ryanem. Nieczęsto manipulował ludźmi, dlatego czuł teraz lekkie wyrzuty sumienia. Wiedział, ze Ryan potrzebuje teraz ciszy, spokoju, chwili na przemyślenia, zanim zacznie grę „na złość Jonowi, umówię się z Liv”.
Jon już nie mógł się doczekać, bo był pewien, że to on będzie śmiał się ostatni.
*
Tymczasem pani prezydent weszła do pokoju i spojrzała na monitor. Wentz z uśmiechem grał na czerwonej elektrycznej gitarze, śpiewał, porzucał gitarę, grał na perkusji, by znów wrócić do gitary.
- Uśmiecha się. Ma równy puls, serce w normie – poinformowała programistka – Chyba może tak przez wiele godzin.
Prezydent pokiwała głową. Zamyśliła się na chwilę, patrząc na chłopaka.
- Myślisz, że tak wygląda szczęście? – zapytała.
Programistka zauważyła, że Pete dziwnie wpływa na wszystkie kobiety, które przebywają w jego towarzystwie nieco dłużej.
- Możliwe, ale po co się nad tym zastanawiać? Szczęście jest sprawą personalną, czyli nieistotną, prawda? – zapytała, choć znała odpowiedź.
- No tak… - odparła Prezydent i wyszła.
A programistka była przekonana, że się zaczerwieniła!
fajne nawet
stefa666 09.05.2010
| brak www IP: 95.49.166.158
Kiślu ilością komentarzy to się nie martw. W końcu mamy kryzys...
A już myślałam, że to "na złość mamie, odmrożę sobie uszy" dotyczyło ciebie. Bo już raz było coś o konspiracji, co dotyczyło właśnie Ciebie. Ale jak widać, i jak mówi moja rodzicielka, myślenie nie jest moja mocną stroną Że też tym nadętym laskom nie przyszło do łba, żeby mu jeszcze Ashley porwać do kompletu!
An!a 13.03.2009
| brak www IP: 82.139.1.252
Aż mi się żal Ryana zrobiło, no. Odcinek świetny jak zawsze, szczerze to ja czytam każdy. No czekam tylko na rozwinięcie akcji. Jestem straaasznie ciekawa tego gdzie oni się wybierają . :d
Fatmatysiak 26.02.2009
| brak www IP: 77.91.30.95
Wiesz co? Kiedy czytałam fragment o Ryanie i jego złości, problemach, to zaczęłam się pocić i zrobiło mi się nieznośnie gorąco i bynajmniej nie z tego powodu, że chciało mi się do kibla, bo wcale mi sie nie chciało tylko po prostu się wczułam. Jon wymyślił niezłą taktykę na Ryana. Heheh. Ciekawa jestem co z tego wyjdzie. Czekam na rozwój akcji u Pete'a. Pozdrawiam!
Dominika 26.02.2009
| brak www IP: 83.7.164.39